***

Przed szpitalną salą numer 305 stoi mężczyzna w białym kitlu. Pielęgniarki pokazują go sobie palcami. Wiedzą doskonale, że w sali 305 leży tzw. przypadek beznadziejny. Umierający pacjent, który nie chce z nikim rozmawiać, na każdego podnosi głos, wścieka się i rzuca wyzwiskami. Mężczyzna wchodzi do sali, powoli podchodzi do łóżka i zaczyna masować pacjentowi stopy, nucąc piosenkę o „błękitnym niebie”. Zaczynają rozmawiać, lecz rozmowa ta nie trwa długo. Ostatkiem sił chory popycha śmiałka, wyrzucając go z sali. Pielęgniarki głośno się śmieją.

Pomrugaj

W szpitalu spotkać można różnych ludzi. Tych uśmiechniętych, pogodzonych z losem, pełnych nadziei i tych bezsilnych, wycofanych, smutnych. Szpitalne sale pełne są niespodzianek i nieprawdopodobnych historii napisanych przez życie.

Na ostatnim łóżku, tuż pod oknem leży sparaliżowany chłopiec. Czuwa obok niego ojciec. Gdy otwierają się drzwi i do sali wchodzi dwójka ubranych na kolorowo postaci, zewsząd słychać śmiechy. Tylko pod oknem panuje cisza. Ojciec wstaje, wychodzi, przez ramię rzucając tylko: „To nie ma sensu”. Doktor Elegancik podchodzi do łóżka. W głowie pojawiają mu się pytania: co robić, co robić? Robi to, co zawsze. Improwizuje, wygłupia się, opowiada zabawne anegdoty. Mijają minuty. To dla doktora Elegancika trudny moment. Pacjenci bywają różni – uśmiechnięci, pogodzeni z losem… no, to już wiecie – ale zawsze jakoś reagują. Jeśli nie angażują się w zabawę, to chociaż wprost dają do zrozumienia, że z tej mąki chleba nie będzie. Przynajmniej dziś. A chłopiec milczy, nawet się nie porusza, wpatrzony w jeden punkt. Doktor Elegancik pochyla się nad nim i szepcze: „Jeśli ci się podoba, to spróbuj zamrugać. Daj jakiś znak”. Sekundy ciągną się w nieskończoność. Chłopiec nie tylko mruga, ale także wykrzywia twarz, jakby próbował się uśmiechnąć. Doktor Elegancik widział już wiele, ale wie, że to spotkanie zapadnie mu w pamięci na długo. „Zostawcie go, niech się wypłacze” – słyszy, gdy siedzi na korytarzu z twarzą schowaną w dłoniach.

Nie ma pufy

Doktor Psotka wraz z doktor Zacieszajką zaglądają przez szybę do sali. Ich czerwone nosy odbijają się w szkle. Na łóżku siedzi chłopiec. „Możemy wejść?”. Wzrusza ramionami. Nie wygląda na zainteresowanego, ale jednocześnie ma w oczach pewien błysk, który świadczy o jego ciekawości. „No to wejdziemy”. Stają przy drzwiach i zaczynają improwizować. Mały pacjent przygląda im się, niby od niechcenia. Nagle wykrzykuje: „puf, puf”, tak jakby do nich strzelał. Pufy? Doktor Psotka i doktor Zacieszajka siadają wygodnie na wyimaginowanych pufach. „Nie ma pufy!”. Patrzą na siebie porozumiewawczo i bęc, leżą na podłodze. Śmiech roznosi się po sali.

Na świetlicy szpitalnej inny chłopiec układa puzzle. „Zróbcie mi autobus z balonów”. Duet patrzy na siebie przestraszony. „A może pieska? Kotka? Może miecz?”. „Nie, chcę autobus”. Nigdy nie uczyły się robić autobusów, ale przecież nie można odpuścić. Trzeba przynajmniej próbować. Kilka minut później chłopiec biega po korytarzu, wykrzykując: „Wow, jaki autobus! Nigdy takiego nie widziałem!”.

Są też dorośli. Jak na przykład ta pani w izolatce, która tęskniła za wsią. Z dorosłymi nie jest tak łatwo, bo nie każdy z nich potrafi od razu przenieść się do bajkowego świata. Dla dorosłych szpitalne łóżko nie jest statkiem kosmicznym, a kroplówka to po prostu kroplówka, nie magiczny płyn umożliwiający przemianę superbohaterów. Dla dorosłych ważniejsza jest rozmowa i obecność niż tworzenie wyimaginowanych światów. Ale pani z izolatki z chęcią przystąpiła do wspólnej zabawy. Cieszyła się jak dziecko na widok kolorowych balonów i nie mogła się nadziwić jak działa przyniesiona przez szpitalnych clownów książka do czarowania. W książce było dużo obrazków – były zwierzęta, rośliny, przyroda. „Nie wychodzę stąd od dwóch tygodni. Każdego dnia zamykałam oczy i wyobrażałam sobie moje psy, koty, pasące się krowy, dziobiące ziarno kury… Dziękuję, że przyszliście, co prawda to wciąż świat wyobraźni, ale tak mi jakoś lżej”.

Naprawdę dobry sylwester

W marcu zaczyna działać śmiechofon, który umożliwia wirtualne spotkania Doktorów Clownów  nie tylko z dziećmi odbywającymi leczenie w szpitalach, ale także z maluchami z placówek opiekuńczych czy przedszkoli. Zdzwonić z Clownem mogą się nawet ci, którzy po prostu nudzą się w domach.

Doktor Elegancik nadaje z Opola, doktor Psotka z Gdańska. Pandemia nie odpuszcza, szpitale wciąż nie wpuszczają na oddziały kolorowych postaci z czerwonymi gumowymi kulkami zamiast nosów. A dzieci wciąż o nie pytają i wypatrują ich przez okna. Okna? W głowach Doktorów Clownów – pełnych przecież kreatywności – zaczyna kiełkować pewna myśl. A gdyby tak ruszyć pod szpitale? Przebrać się w stroje, wziąć bańki mydlane, jakiś magnetofon i po prostu zacząć tańczyć?

Właśnie rozpoczynał się maj, wiosna na dobre zadomowiła się w kraju i atmosfera zdecydowanie sprzyjała tego typu inicjatywom. Dziesiątki pacjentów stojących w oknach, machających, tańczących, a nawet rzucających dla Clownów wafelki i cukierki (to zazwyczaj pomysły seniorów) utwierdziło doktor Psotkę, doktora Elegancika i resztę ekipy w przekonaniu, że warto. „Bo jeśli uśmiechnie się chociaż jedna osoba, jeśli choć jednemu z tych ludzi poprawi się dzięki nam humor, to trzeba działać. Oczywiście, tęsknimy za wejściem na oddział, chcielibyśmy móc z każdym porozmawiać, podejść do każdego indywidualnie. Ale nie jest rozwiązaniem szukanie dziury w całym. To łatwe  powiedzieć sobie: nic teraz nie robię, bo nie mam jak. Zawsze jest jak. Szukajmy rozwiązań, nie wymówek. Wyobraź sobie, jaka to radość zobaczyć, że oddział psychiatrii dla dorosłych bawi się dzięki tobie, jak na naprawdę dobrym sylwestrze”.

***

Z sali 305 wychodzi kobieta z dwójką chłopców. W drzwiach mijają się z mężczyzną ubranym w kolorową koszulę. „Ładnie wyglądasz w turkusowym” – mówi do oddychającego ciężko pacjenta. „Moje dzieci są piękne. Widziałeś je?” – odpowiada chory. „Ona też niczego sobie. Po twojej śmierci może bym mógł…”. Śmieją się oboje. „Umrę ze śmiechu, przyjacielu. Zaśpiewaj mi tę głupią piosenkę”. Mężczyzna śpiewa „o błękitnym niebie”.

To historia z filmu biograficznego „Patch Adams”, opowiadającego o światowej sławy amerykańskim lekarzu, który w latach 70. założył Gesundheit! Institute. Stworzone przez niego miejsce to bezpłatny szpital społeczny, w którym pacjenci nie są traktowani jedynie jako chorzy, lecz jako przyjaciele, a śmiech wykorzystywany jest jako element terapii zdrowia fizycznego i psychicznego.

Patch Adams odwiedził Polskę w 2009 roku na specjalne zaproszenie Fundacji „Dr Clown”, realizującej od 1999 roku program terapii śmiechem. Na wykładzie dla studentów w Bydgoszczy, mówił: „Stany Zjednoczone to kraj przemocy i nienawiści. Nie idźcie w tym kierunku, nie będziecie szczęśliwsi. Róbcie coś dobrego dla innych. To proste, wystarczy umieć kochać”.

Doktor Psotka – powszechnie znana jako Wiktoria – i Doktor Elegancik – czyli Sergiusz – to wolontariusze Fundacji „Dr Clowna”. To właśnie oni, wraz z 600 innymi „lekarzami-clownami” niosą na co dzień radość zarówno tym młodszym, jak  i tym starszym pacjentom przebywającym w szpitalach.

Aktualnie możecie wspomóc Fundację,  przygotowując prezenty świąteczne i noworoczne dla swoich bliskich (lub robiąc prezent dla samych siebie). Między 10 grudnia a 10 stycznia księgarnia Gandalf (https://www.gandalf.com.pl) przekaże na rzecz Fundacji 5% z każdego zamówienia, przy którego składaniu wpiszecie specjalny kod DRCLOWN. Jeśli jesteście zainteresowani innymi formami wsparcia finansowego, wszystkie informacje znajdziecie na stronie https://www.drclown.pl.

Tam też dowiecie się więcej o tym, jak wygląda życie „doktora z czerwonym nosem”. Jeśli poczujecie, że śmiechoterapia to coś, w czym chcielibyście się sprawdzić, nie wahajcie się wysłać swojego zgłoszenia na wolontariat. Razem możemy zrobić prawdziwą rewolucję miłości.

Pozostaw komentarz