9 sierpnia na Białorusi odbyły się wybory prezydenckie. Znowu sfałszowane. Okłamani po raz kolejny ludzie wyszli na protesty. Pokojowe demonstracje zamieniły się w prawdziwe pole walki, z tym wyjątkiem, że tylko jedna strona miała w rękach broń.

To było pierwsze takie doświadczenie we współczesnej historii kraju, które nie zostawiło prawie nikogo obojętnym, nawet niektórych funkcjonariuszy służb mundurowych.

Walka Białorusinów o sprawiedliwość trwa do dziś. I niektórzy z powodu prześladowań za swoją pozycję byli zmuszeni opuścić kraj. 

Jestem Olga Kuraczkina z miasta Lida na Białorusi. Do ostatnich chwil pracowałam w oddziale obywatelstwa i migracji Miejskiego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Do Polski przyjechaliśmy z rodziną 10 września. Ja, mąż i dwójka synów. Odbyliśmy dziesięciodniową kwarantannę, tak jak trzeba. Potem zaczęliśmy załatwiać formalności. 7 października mój mąż złożył dokumenty o status uchodźcy, my razem z nim.

„Status uchodźcy – międzynarodowa forma ochrony udzielana osobom, które na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem w kraju pochodzenia z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie mogą lub nie chcą korzystać z ochrony tego kraju. Status uchodźcy nadawany jest także małoletniemu dziecku cudzoziemca, który uzyskał status uchodźcy w Rzeczypospolitej Polskiej, urodzonemu na tym terytorium”. [1]

Obywatele Białorusi, z powodu obecnej sytuacji w kraju, mogą uzyskać wizę uprawniającą do wjazdu do Polski w celach humanitarnych. Kiedy przekraczaliśmy granicę, mieliśmy nadzieję, że jeszcze będziemy mogli wrócić. Ale wydarzenia, które mają miejsce na Białorusi, a także sytuacja mojego męża, zmusiły nas do wstrzymania się od takiego pomysłu.

Siarhiej prawie dwadzieścia lat pracował jako szef wydziału do walki z przestępczością narkotykową. Po wydarzeniach między 9 a 11 sierpnia nagrał filmik, w którym opowiedział o sytuacji w kraju. Znajomi zareagowali entuzjastycznie, byli nawet tacy, którzy specjalnie przyjechali do nas do domu, żeby uścisnąć mu dłoń. Ale byli i tacy, z którymi musieliśmy zerwać kontakt. Głównie koledzy z pracy.

Była taka sytuacja. Idziemy na demonstrację, nie mamy ze sobą ani flag, ani innych symboli. Naprzeciwko nieznany mężczyzna spaceruje z psem, podchodzi do nas i mówi: „Siarhiej, jesteśmy z Ciebie dumni!”. A za kilka metrów mijamy byłą koleżankę z pracy, która pluje mu w plecy, mówiąc, że jest „przefarbowanym kogutem”. Dlatego zdecydowaliśmy, że na razie nie wrócimy do Białorusi. Nasi koledzy są poddenerwowani, bo wiedzą, że zaraz będzie koniec tej władzy, a oni zostaną z niczym. Cała wina spadnie wtedy na takich jak my.

Lida

Nie jesteśmy głupi, wiedzieliśmy, że sytuacja robi się coraz bardziej napięta, a Łukaszenka będzie chciał wygrać wybory. Oczywiście nie zakładaliśmy tak masowej walki, nie przypuszczaliśmy, że będzie tak silna presja. Od kiedy ruszyły pierwsze protesty, cały czas pytałam męża, co zrobi. Już wtedy było jasne, że milicja będzie musiała wziąć udział w tłumieniu protestów.

Siarhiej mówił, że nie pójdzie, kropka i koniec. Byliśmy na to gotowi. Ale na to, że w ciągu trzech sekund będziemy musieli odejść z pracy i zostać z niczym, już nie. Nie tylko my odeszliśmy ze służby. W Lidzie zwolniło się 15 osób. Pewnego dnia mój mąż powiedział „Już przychodzili, musimy wyjechać…”.

Miał problemy z Komitetem Bezpieczeństwa Państwowego jeszcze w 2019 roku. Jako szef Wydziału Kontroli Narkotyków został poproszony o podrzucenie narkotyków pewnej osobie z opozycji. To nie był jakiś bardzo znany człowiek. Po prostu musieli zdobyć jakiś dowód, żeby móc go przeciągnąć na swoją stronę, albo wsadzić do aresztu. Nie tylko my zrozumieliśmy, co będzie w 2020 roku. Nasz nielegalny prezydent mówił: „Przed wyborami będzie ciekawie, a po wyborach jeszcze ciekawiej”. To wszystko było przygotowywane. Nawet czasem pojawiała się informacja w kręgach milicyjnych, że będą prowokacje z jednej strony i z drugiej. Kiedy Siarhiej zrezygnował z zadania, nie miał bezpośrednich gróźb. Ale relacje były bardzo napięte, był dla tego środowiska niewygodny.

Na Białorusi istnieje możliwość głosowania przedterminowego. Uważa się, że to jest najlepszy moment na fałszowanie. W pracy mówiono nam: „Jak zagłosujecie przed piątkiem, dostaniecie premię”. Nikt nie wiedział, co robić. Co można doradzić komuś, kto się boi?

Mój mąż głosował w sobotę. Poszłam z nim, ale nie głosowałam, bo chciałam przyjść w niedzielę. Wszyscy byli zaskoczeni. Założyłam białą koszulkę, białą bransoletkę i włączyłam na słuchawkach „Mury”. Już za to można mnie było zwolnić. W komisji chcieli zmienić datę w biuletynie, widocznie dlatego, że już wrzucili za mnie wypełniony formularz do skrzynki. Nawiasem mówiąc, w naszym okręgu wygrała Cichanouskaja. Ale później zwolniono przewodniczącego komisji.

To dla nas „normalne”, że wybory są sfałszowane. To dziedzictwo ZSRR, ale tym razem było to zbyt oczywiste kłamstwo. W końcu Łukaszenka mógł przyznać sobie 55% a nie 80%. Wielu nawet by uwierzyło. Ale nie, dla niego jest to kwestia zasad.

Do tego roku byłam pewna, że na Białorusi wszystko działa zgodnie z prawem. Tak, zdarzało się, że czasem przeginają, było niesprawiedliwie. Ale widziałam, jak pracuje mój mąż. Kiedy odszedł, dzwonili do niego jego dawni „narkomani i prostytutki” i mówili, że jest odważny. Robił wszystko w zgodzie ze swoim sumieniem.

I kiedy to się stało…. Mamy informacje, że sprawa mojego męża jest „w pewnej teczce”, jego sprawą już się zajęli. Nie mogliśmy czekać, aż przyjadą. Widzimy, co teraz dzieje się z byłymi milicjantami. Leżą w celach na betonowej podłodze przez wiele dni, są polewani zimną wodą, zastraszani jeszcze bardziej niż zwykli obywatele, ponieważ są uznawani za zdrajców. Pamiętam spotkanie współpracowników. Przyjechał szef pracy ideologicznej z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z Mińska i podał nazwiska wszystkich byłych funkcjonariuszy i powiedział, że są zdrajcami. Mówił, że protestujący chcieli rzucać w milicję kamieniami, że wszystkim płacą po 50 euro za wyjście na ulice. Może to zazdrość? Istnieje stereotyp, że milicjanci dużo zarabiają. Może ci w Mińsku tak. 

Nie wyszłam 14 sierpnia do pracy, ponieważ we wcześniejsze dni stałam w oknie mojego biura i patrzyłam, jak ludzie wchodzą i wyprowadzają, wchodzą i wyprowadzają kolejnych… Byli poobijani, mieli narysowane krzyże na plecach, na dżinsach, na koszulkach. Oznaczali je jako bydło. A potem do sali sądowej. Nie mieli sznurówek, nie mogli iść. Stałam trzy dni i płakałam. Czwartego dnia dostałam gorączki. Poszłam na zwolnienie lekarskie i już nie wróciłam. W tym czasie zadzwoniły do mnie tylko dwie osoby z pracy, też „zdrajcy”. Po tym jak opublikowaliśmy film Siarhieja, po prostu przestaliśmy istnieć dla tych ludzi. Oczywiście, jest to nieprzyjemne, ale jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że mieliśmy rację, zrobiliśmy dobrze. Jedna z moich koleżanek jeszcze 10 lub 11 sierpnia zapytała, dlaczego się popisujemy, przecież już przegraliśmy. Ale nie przegraliśmy, zostaliśmy oszukani. Po prostu zostaliśmy oszukani. Mamy przecież poczucie własnej wartości. Jest wielu ludzi, którzy się nie zgadzają. Nie wymagaliśmy wielkich rzeczy, chcieliśmy tylko mieć wolny wybór. 

Do tej pory emocjonalnie wszystko odbieram. Rozmawiałam z psychologiem, trochę nawet mi to pomogło, choć wydawało mi się, że jestem dobrym psychologiem sama dla siebie. Może dlatego, że zawsze uważałam się za kobietą bardzo silną, mającą wszystko pod kontrolą. A potem znalazłam się w sytuacji, w której praktycznie nic od nas nie zależało. To bardzo bolesne – zostać oszukanym. I frustrujące, kiedy po prostu zostajesz zdeptany. A oni wciąż depczą i ludzie cierpią. Ludzie są bici, umierają, nawet nie będąc bezpośrednimi uczestnikami protestów. Znam historię mężczyzny, który umarł po tym, gdy okazało się, że jego syn spędził 4 noce w areszcie, przez ten czas nikt go nie mógł znaleźć. Nie wytrzymało mu serce. Takich przypadków zatrzymań było dużo, między innymi kuzyn mojego męża. Kiedy go wypuszczono, pojechaliśmy w odwiedziny. Mówił, że on przeszedł to nienajgorzej. Miał „tylko” złamane żebra i wstrząs mózgu. Zdjął spodnie, by pokazać nogi. Wszystkich biją po nogach. Jak widziałam tych ludzi z okna swojego biura, to tylko jedna osoba miała pobitą twarz. Pozostali ledwo szli.

W pewnym momencie milicja przyznała się do tego, że przesadziła. Pojawiła się nadzieja na zmianę. Ale potem głos zabrał Minister Spraw Wewnętrznych. Powiedział, że tak miało być. Podśmiewając się, mówił, że przyjedzie do każdego, spotka się z każdym z milicjantów, którzy odeszli. Oznaczało to faktyczne i bezpośrednie zagrożenie dla wszystkich zwolnionych milicjantów.

Na Białorusi codziennie myślisz, że to ostateczne dno. Gdy nagle ktoś puka z dołu.

Warszawa

Po przyjeździe do Polski, starszy syn zapytał mnie, dlaczego tu przyjechaliśmy, porzucając wszystko. Nie miał własnej książki, nie miał zabawek. W Lidzie mieliśmy własny dom z działką. Przez ostatnie 10 lat żyliśmy dla dzieci, tak by czuły się bezpiecznie, komfortowo. Powiedziałam mu, że wyjechaliśmy dla nich, ale on na razie tego nie rozumie. Przecież na Białorusi było tak fajnie.

Staram się teraz mniej śledzić wydarzenia, ponieważ nie mam wtedy czasu na życie. Na Białorusi chodziłam na demonstracje, bo nie mogłam tego nie robić. To nie jest tak, że wszystko mija. Nadal czuję się oszukana. Ale wierzę, że czas leczy rany.

Ostatni raz płakałam 10 lat temu. Nie miałam w życiu powodu do łez. Teraz rozumiem, że nic ode mnie nie zależy. Dzieci się boją, kiedy widzą mnie w takim stanie. Chociaż w Warszawie u mnie pojawiło się tyle przyjaciół, ile przez ostatnie lata nie było. Musimy przyzwyczaić się do nowego życia.

Młodszy syn budzi się ostatnio i pyta, czy Łukaszenka już nie żyje. Myślę, że chcieliby wrócić do ojczyzny. Chociaż tu, w szkole byli gwiazdami. Każdy chciał usiąść z nimi. Nie znając języka polskiego, ze wszystkimi jakoś się dogadywali i z radością chodzili na lekcje. Z powodu pandemii adaptacja przychodzi wolniej. Ale przychodzi.

Dzieci zaczęły chodzić do szkoły jeszcze w Drwalewie, gdzie spędzaliśmy kwarantannę. Właściciel domu pomógł nam znaleźć swoje miejsce. Przyjechaliśmy, podpisaliśmy dokumenty, to wszystko. Dyrektor szkoły rozumiał, jaka jest sytuacja tych dzieci, skąd pochodzą.

My z mężem trochę rozmawiamy po polsku, jesteśmy w stanie pójść do sklepu na zakupy czy wyrobić ubezpieczenie. Przyjeżdżaliśmy tu już wcześniej, więc ten język siedział u nas gdzieś w podświadomości. Teraz mamy nauczyciela, który pomógł nam kupić buty dla dzieci i prowadzi dla nas zajęcia językowe raz w tygodniu. Poradzimy sobie. Siarhiej już ma nowy zawód. Jeszcze na Białorusi zdobył uprawnienia do prowadzenia ciężarówek, a tu w Polsce skończył specjalne kursy, żeby móc pracować w Europie. To było pierwsze, co zrobił, kiedy przyjechaliśmy. Więc jak tylko nasza sprawa będzie rozpatrzona i dostaniemy dostęp do rynku pracy, nie będziemy mieli problemu z utrzymaniem. Ale oczywiście na obecnym etapie potrzebujemy wsparcia.

Dużo ludzi chce nam pomagać. Choćby taka historia z laptopem. Zadzwoniła do mnie dziewczyna i zapytała, czego potrzebuję. Tak się złożyło, że na jutro musieliśmy mieć laptopa do nauki dla syna, bo z telefonu nie udawało się połączyć z Internetem. W ciągu jednego dnia znalazła laptop, który nie jest nowy, ale działa bardzo dobrze. Gdy jeszcze mieszkaliśmy w Drwalewie, mieliśmy duże wsparcie ze strony fundacji, które pomagają Białorusinom, jak i od samych Białorusinów, mieszkających w Polsce. Nachodzą mnie czasem myśli, że nie zrobiłam wszystkiego, aby coś zmienić na Białorusi. Białorusini, którzy się tu znaleźli mają taką potrzebę, aby być zaangażowanym w zmiany, które się dzieją tam, na miejscu.

Tyle rzeczy dostaliśmy. Pamiętam, jak popatrzyłam na mężczyzn i pomyślałam, że są trochę zaniedbani. Napisałam na grupie Białorusinek w Telegramie. Dziewczyny przyjechały do nas i zrobiły fryzury 12 osobom w ciągu kilku godzin. Nie mogliśmy nawet przypuszczać, że będzie tu tak ogromne wsparcie. Oczywiście, są też ci, którzy mówią, że powinniśmy mieszkać w ośrodku dla uchodźców. Byliśmy jednej nocy w ośrodku dla uchodźców w Białej Podlaskiej, ale staramy się być jak najbardziej niezależni. Gdybyśmy mieli możliwość pracować, sami byśmy pomagali innym. Bycie zależnym oznacza robienie wielu rzeczy tak, jak oczekują tego od ciebie inni.

Teraz naszym największym marzeniem jest rozpoczęcie pracy. To by wystarczyło. Lubię florystykę żywności. Robię bukiety z jagodami i innymi owocami. Nawet w ciągu ostatnich kilku miesięcy zyskałam wielu obserwujących na Instagramie. Ale od połowy sierpnia zrobiłam tylko jeden bukiet. W tej chwili nie mam żadnych materiałów. Myślę, że w Warszawie znalazłabym klientów, ale aby to robić, muszę zarejestrować się jako rzemieślnik.

W Polsce to w ogóle jest raj, można tyle ciekawych owoców znaleźć. Gdy pierwszy raz weszłam tu do sklepu, byłam zachwycona. Tak, to wszystko nie jest tanie, ale można zrobić z tego naprawdę eleganckie rzeczy. Bardzo podoba mi się, że w Polsce w sklepie można kupić zioła w doniczce.

***

Zdjęcia zostały zrobione podczas warsztatów Olgi z robienia bożonarodzeniowych wianków w Centrum Białoruskiej Solidarności w Warszawie.  

Kiedy Olga przyjechała do Polski, jej i rodzinie pomogło Centrum Białoruskiej Solidarności i Fundacja Wschód-Zachód. Jeżeli chcecie pomóc Białorusion, uciekającym do Polski, zwracajcie się do tych organizacji. Ludzi, którzy Was potrzebują jest naprawdę wielu. 

[1] https://udsc.gov.pl/uchodzcy-2/uchodzcy/slownik/)

Julia Alekseeva

Pozostaw komentarz