Drzwi właściwie nigdy się nie zamykały. Nie zdążyły się zamknąć, a już ktoś ciągnął za klamkę. Pielgrzymki rodzin od rana do wieczora. Gwar na korytarzach. Wychodził mąż, wchodziła matka, a potem teściowa, na końcu siostra. Czasami wpadł wujek albo dziadkowie. Wszyscy przynosili jakieś dary – owoce, zupę w PRL-owskim termosie, czekoladę, kawę z kiosku na dole. Jedzenie w szpitalu jest w porządku, ale zawsze miło, kiedy można zjeść rosół od mamy albo buraczki na poprawę wyników hemoglobiny. Po porodzie z tą hemoglobiną różnie bywa – położne co prawda rozdają tabletki z żelazem, ale starym, dobrym sposobem, warto wspomagać się też naturalnie. Niekiedy pobyt się przedłuża. Z różnych względów trzeba zostać kilka dni więcej, niż pierwotnie wszyscy zakładali, ale zawsze ktoś mógł donieść trochę pieluch, czyste ubranka, chusteczki nawilżane do pupy, świeżą koszulę nocną. Niekiedy takie odwiedziny przeradzały się w prawdziwą fetę z prawdziwymi balonami i prezentami.

Ruch przy konsoli położnych trwał właściwie cały dzień. Czasami przychodziły po pomoc pacjentki, a czasami ich mężowie, matki, babki. Prosili o pomoc przy przystawieniu dziecka do piersi, o tabletki przeciwbólowe, o poradę, o wsparcie, o wyjęcie wenflonu, o mleko modyfikowane, o pokazanie, jak najbezpieczniej nosić noworodka i w jakiej pozycji najlepiej jest nosić dziecko „do odbicia”.

Ten ciągły ruch, szpitalny gwar i odwiedziny były wpisane w codzienność wszystkich pracowników szpitala. Każdy się już przyzwyczaił, choć zdarzało się i tak, że ktoś narzekał na ciągły tłum, na brak świętego spokoju, na bezustanne obcowanie nie tylko z pacjentkami, ale też z ich rodzinami. Tak właśnie praca z dziesiątkami pacjentek, była pracą z setkami osób, które pielgrzymowały po korytarzach każdego tygodnia. Każdy dzień w roku stawał się dla kogoś Bożym Narodzeniem – narodzinami kogoś bardzo wyjątkowego, czasami bardzo wyczekiwanego, ale zawsze – bez wyjątku – bardzo ważnego. Rodziny odwiedzały nowych ich członków i dzielne mamy, przynosząc ze sobą najlepsze, co byli w stanie unieść. Byli też zawsze ogromnym wsparciem i odciążeniem w sytuacjach kryzysowych, bo w chwilach zwątpienia znacznie milej jest płakać w ramię kogoś ukochanego niż w rękaw lekarza, czy położnej.

Ten rok zmienił jednak szpitalną rzeczywistość nie do poznania. Pandemia skutecznie ukróciła wędrówki pielgrzymujących rodzin i gwar na korytarzach. Drzwi zamknęły się dla odwiedzających – można je teraz otwierać tylko przy pomocy karty z czipem. Mamy ten upragniony święty spokój, a pod opieką tylko pacjentki i noworodki. Cisza przerywana płaczem dzieci. Nic więcej. Szpitalne jedzenie musi wszystkim wystarczyć. Nie można liczyć na bonusowy posiłek, balony z helem, ani kwiaty w wazonie zrobionym z przeciętej wpół Cisowianki. Wprowadzono też zakaz przekazywania paczek – trochę ze względów epidemiologicznych, a trochę dlatego, że brakowało już mocy przerobowych. Brakowało rąk, czasu i siły, żeby wciąż przerzucać kolejne kilogramy i roznosić je między piętrami i oddziałami.

Ta cisza przyniosła coś jeszcze. Świadomość, że zostaliśmy sami na placu boju. My – ochrona zdrowia. My – położne. My – lekarze. My – pielęgniarki. Uświadomiliśmy sobie, albo właśnie sobie uświadamiamy, że nikt prócz nas nie przyjdzie z darami do naszych pacjentek i nowonarodzonych pacjentów, a pandemia oficjalnie mianowała nas najbliższymi osobami tych osób, których rodziny musiały zostać za drzwiami szpitala. Dobitnie czuć to właśnie w okresie okołoświątecznym, kiedy wśród naszych podopiecznych nasila się lęk przed samotnością i separacją.

Pani Sylwia musiała zostać w szpitalu dłużej, niż zazwyczaj zostaje się po porodzie. Jej synek musiał przez kilka dni otrzymywać dożylnie antybiotyk ze względu na wrodzone zapalenie płuc. Dodatkowo nasiliła się u niego żółtaczka, więc musiał leżeć pod specjalnymi lampami do fototerapii. „Rozumiem, że musimy tu zostać, nie mam żalu. Ale bardzo chciałabym wrócić na święta do domu. Chciałabym, żeby mój synek w końcu mógł poznać swojego tatę” – zwierzyła mi się, wyglądając przez okno. Ona miała to szczęście, że dostała wypis przed świętami. Ile jednak będzie w tym roku kobiet, które w okresie okołoświątecznym zostaną przyjęte do szpitala i nie wrócą do domu na wigilijny barszcz, który wzmocni je po porodzie?

To brzemię można potraktować zupełnie, jak największy zaszczyt. Oprócz zwykłych, codziennych obowiązków i procedur, każda i każdy z nas – pracowników ochrony zdrowia – może pójść do swoich pacjentów i radować się razem z nimi ich własnym, osobistym Bożym Narodzeniem, przynosząc w darze najcenniejszy z darów – empatię, uwagę i szacunek. To, co jest tak oczywiste, a o czym tak łatwo zapomnieć w pandemicznym rozgardiaszu, ogromie pracy i presji czasu.

Stefania Kumor

Pozostaw komentarz